Mateusz Ciasnocha: Bycie Wiceprezesem Fundacji Salvatti wydaje się bardzo ciekawym zajęciem umiejscowionym na styku zarządzania, relacji międzynarodowych oraz działalności charytatywnej. Jakie cechy charakteru oraz umiejętności są potrzebne, aby wykonywać taką pracę? W jaki sposób dotarła Pani do tego miejsca w życiu?

Monika Mostowska: To prawda bardzo lubię moją pracę, a korzeni dojścia tutaj gdzie jestem teraz można dopatrywać się już w moim dzieciństwie. Moja przygoda z misjami zaczęła się od usłyszenia o misjonarzach i tym, czym oni się zajmują w parafii księży pallotynów w Ostrołęce, gdzie się wychowałam. Księża pallotyni działają w ten sposób, że organizują Niedziele Misyjne, na których prezentowana jest praca misjonarzy. Często przyjeżdżają również sami misjonarze, aby opowiadać o swojej działalności. W ten właśnie sposób, jako mała dziewczynka, wiele słuchałam o misjach, a najwięcej mówiło się wtedy o Rwandzie, ponieważ bardzo dużo się tam działo. Myślę tutaj o objawieniach Matki Bożej z Kibeho, które miały miejsce w latach 1981-89. Słuchając o tym marzyłam, aby pojechać do Rwandy. Po prostu cały czas myślałam o wyjeździe na misje. Proszę pamiętać, iż mówimy tutaj o końcówce lat 90. poprzedniego wieku i taki wyjazd nie był prosty. Po pierwsze, Polska nie była jeszcze częścią UE. Po drugie, obserwowałam wtedy brak otwartości misjonarzy na współpracę z ludźmi świeckimi.

Mój kontakt ze środowiskiem misjonarzy nasilił się po tym jak spotkałam księdza Jerzego Limanówkę SAC, późniejszego Prezesa Fundacji Salvatti, którego zaprosiłam do Radia Warszawa, gdzie  wtedy pracowałam. Umówiliśmy się na wspólną pracę przy organizacji cyklicznych audycji na tematy społeczno-gospodarczo-misyjno-dobroczynne, które najpierw odbywały się w kawiarniach, a potem zaprosiło nas do siebie Centrum Myśli Jana Pawła II. W trakcie naszej współpracy pallotyni zaproponowali mi zostanie wiceprezesem Fundacji Salvatti, na co zgodziłam się z wielką radością.

Myśląc o mojej pracy pierwsza rzecz, która nasuwa mi się na myśl jest różnorodność. Mam fascynującą pracę. Każdy dzień jest inny. To dlatego, iż jesteśmy małą fundacją pod względem ilości pracowników, ale działamy jak duża fundacja. Dlatego profil naszego pracownika to osoba, która żadnej pracy się nie boi, nie jest od do i jest otwarta, zwłaszcza na potrzeby innych.

Proszę opowiedzieć więcej o etapach rozwoju Fundacji, co udało się Państwu osiągnąć i nad czym obecnie pracujecie?

Naszą działalność rozpoczęliśmy w 2008 roku, a więc w lipcu zeszłego roku skończyliśmy 11 lat. Zaczynaliśmy w bardzo skromny sposób. W działania Fundacji angażował się już wspomniany ks. Jerzy Limanówka SAC i jeszcze jedna osoba. Ja byłam człowiekiem, do którego dzwoniono jak trzeba było coś zrobić „na wczoraj”. Naszą pierwszą akcją był insert do Tygodnika Katolickiego. Nie wiedzieliśmy z jakim odbiorem spotka się ta akcja. Okazało się, iż nasz insert cieszył się bardzo dużym zainteresowaniem, co pozwoliło nam podjąć decyzję, aby dalej rozwijać Fundację.

Ważnym elementem w naszym rozwoju było uzyskanie statusu organizacji pożytku publicznego (OPP), co wiązało się z możliwością otrzymywania przez Fundację 1% podatku od osób fizycznych. Przez pozyskane w ten sposób środki finansowe możemy realizować nasze cele statutowe do których należy: wspieranie misji, a konkretnie dzieł społecznych misjonarzy. Działamy przy Stowarzyszeniu Apostolstwa Katolickiego Księży i Braci Pallotynów przy Sekretariacie Misyjnym Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego. Choć geneza naszego powstania zakorzeniona jest w duchu katolickim, to działamy jak świeckie NGO. Naszym celem jest wręcz działanie jak najdalej od Kościoła. To dlatego, iż nie chcemy być obecni tam, gdzie ludzie znają już dzieła społeczne misjonarzy i mają pewną wrażliwość, ale chcemy zbierać pieniądze tam gdzie ludzie nigdy nie poszliby do Kościoła, z różnych powodów. Dlatego w naszej komunikacji nie mówimy, że pozyskujemy pieniądze na ewangelizację, ale na wsparcie dzieł społecznych misjonarzy.

Czy i jakie są trudności w przekonaniu Państwa grupy docelowej w pomaganiu? Dlaczego ludzie pomagają?

Na początku wyjaśnijmy dlaczego pieniądze przez nas zbierane są faktycznie potrzebne. Tak jak już powiedzieliśmy Fundacja wspiera dzieła społeczne misjonarzy. Na początku swojej działalności w miejscach posługi organizują oni studia, zakładają szkoły, ośrodki zdrowia i szpitale. To dlatego, że edukacja jest jedyną szansą dla tych ludzi na polepszenie swojego stanu życia, a na ochronę zdrowia stać tylko niewielki odsetek ludności. Misjonarze do swoich ośrodków przyjmują wszystkich, dlatego muszą pozyskiwać funduszez zewnątrz.

Przekonujemy naszych darczyńców pokazując konkretne podejmowane przez nas dzieła pomocowe, na przykład twarze uczniów, którym fundujemy stypendia. Właśnie taka transparentność przekonuje darczyńców z Polski. Nawet jeżeli ktoś jest zrażony do Kościołalub podejrzewa misjonarzy o niecne cele, ta sama osoba widzi, że nasze działania przynoszą efekty.

Kolejnym ważnym elementem w dotarciu do serc naszych darczyńców jest ścieżka komercyjna. Tutaj kierujemy się logiką, iż najważniejszym jest oferowanie dobrego produktu. Obserwując rynek ekonomiczno-pomocowo-społeczny dostrzegliśmy, że w krajach, które rozwijają się dość dynamicznie, tak jak Rwanda, nie jest to już czas na to, aby dawać im przysłowiową „rybę”, czy nawet wędkę, ale trzeba kupować od nich tą rybę. W przypadku Rwandy, ale również Kamerunu czy Etiopii, tą rybą jest kawa, herbata czy kakao. Kakao sprowadzane przez nas z Kamerunu znika z półek w prowadzonym przez nas sklepie Amakuru bardzo, bardzo szybko. Tak więc: dobry produkt, dobra cena. Tak się teraz pomaga– poprzez biznes. W tym przypadku nadrzędną motywacją pomagających jest chęć dostępu do najlepszego produktu, a pomagają niejako przy okazji. Często zdarza się tak, iż nasi komercyjni klienci zainteresowani tym, co kryje się za kupowaną kawą lub herbatą zastanawiają się jak jeszcze bardziej mogą wspierać naszą działalność.

Pani Monika i kawa, fot. Monika Mostowska

Jak taka działalność komercyjna Fundacji wygląda od kuchni?

Naszymi głównymi towarami komercjalnymi są kawa i herbata oraz rękodzieło. Niedawno dodaliśmy do naszej oferty również kakao, które cieszy się ogromną popularnością. Kawa, którą sprowadzamy z Rwandy jest jedną z najlepszych kaw na świecie, zdobywa nagrodę Cup of Excellence. Ciekawostką jest fakt, iż w czasie ludobójstwa z roku 1994 zostały zniszczone prawie wszystkie plantacje kawy w kraju, które potem dzięki pomocy Belgów i Francuzów udało się odbudować. Dzięki wprowadzonym wtedy innowacjom proces przygotowania kawy znacząco pchnął rwandyjskie rolnictwo do przodu.

Mamy więc wyśmienity produkt, ale musimy zmierzyć się z licznymi problemami związanymi z jego importem. Rwanda jest krajem nie mającym dostępu do morza, a więc musimy korzystać z transportu lądowego, a potem dopiero morskiego. Z naszego doświadczenia wynika, iż odprawę celną zaliczamy do skomplikowanych. Ostatnim kwartale 2019 roku przypłynął do nas czwarty importowany kontener. Firma, która odpowiadała za import czwartego kontenera jest już trzecią firmą transportową, z usług której korzystaliśmy i muszę przyznać, iż cały czas się uczymy. Trzeba pamiętać, że afrykańska biurokracja i staranność o wszystkie dokumenty czasami zajmuje wiele tygodni, podczas gdy ja np. nie mogłam tak długo pozostać w Afryce w celu dopięcia formalności. Cieszę się, iż otrzymaliśmy ogromne wsparcie od misjonarzy. Niedawno misjonarz spędził cały dzień w urzędzie, aby dostać potrzebny certyfikat. Jednak z przyjemnością mogę stwierdzić, że powoli dochodzimy do wprawy. Na początku importowaliśmy po kontenerze rocznie, w roku 2019 sprowadziliśmy dwa kontenery, a w roku 2020 liczymy na import co najmniej kolejnych dwóch kontenerów.

Jeżeli mogę wyciągnąć jakieś wnioski z naszych dotychczasowych doświadczeń komercyjnych to muszę stwierdzić, iż potrzeba trzech lat, aby rozgryźć ten proces. Mówi się, że firma potrzebuje trzech lat, aby osadziła się w rzeczywistości i my też to zauważamy. Obecnie nasz sklep charytatywny działa czwarty rok i widzimy powracających stałych klientów. Biznes potrzebuje czasu.

Z tak bogatą historią zapewne wiecie już Państwo w jaki sposób nie pomagać? Co nie działa i dlaczego? Czego nie robić?

Na pewno odradzamy pomaganie według własnego uznania. Przestrzegamy przed zawożeniem do Afryki sprzętu medycznego czy technicznego, który nie będzie mógł zostać naprawiony na miejscu albo do którego nie będzie części zamiennych. Weźmy przykład drukarki, do której jeżeli tylko zabraknie tuszu nadaje się ona do wyrzucenia. Nie marnujmy naszej pomocy i nie zaśmiecajmy Afryki!

Widzimy również, iż nie należy ofiarować zbyt skomplikowanego sprzętu, którego Afrykańczycy nie będą potrafili obsługiwać. Możemy tutaj posłużyć się przykładem mikroskopu, który kupiliśmy, aby za jego pomocą wysyłać obrazy do Polski tak, by lekarz specjalista mógł oceniać te zdjęcia i stawiać diagnozę. Nauczyliśmy się, iż nie należy tego robić bez uprzedniego przeszkolenia ludzi, ponieważ oni sami się tego nie nauczą.

Widzimy, że w Afryce brakuje myślenia gospodarskiego: obejść dom i zobaczyć czy trzeba przykręcić jakąś klamkę lub czy wszystkie szuflady się domykają. W naszych projektach pomocowych ten obowiązek spada na wolontariuszy. Dlatego bardzo poszukujemy do naszego wolontariatu chłopaków, którzy służą za przysłowiowe „złote rączki”. Muszę tutaj podkreślić, iż brak takiego myślenia nie jest winą Afrykańczyków! Jest to wina tego, że mieszkają oni w domach, w których nigdy nie było drzwi, nie było wody, kranu, spłuczki. Oni potrzebują czasu, aby się z tym oswoić. My nauczyliśmy się, iż dbanie o infrastrukturę, którą stworzyli misjonarze jest kluczowe. Dlatego tak bardzo cenni w wolontariacie są panowie.

Do tej pory rozmawialiśmy o Państwa działalności w Rwandzie. Jak wygląda działalność Fundacji w innych krajach?

Rwanda była dla nas punktem zaczepienia, a na tropy kawowo-herbaciane doprowadzili nas misjonarze, którzy tam pracowali. To właśnie oni znali konkretnych plantatorów i wytwórców rękodzieła, z którymi nas skontaktowali. Misjonarze również przywozili do Polski takie rzeczy jak: biżuterię, dekoracje, koszyki, rzeźby, stroje afrykańskie czy sztukę użytkową, które dawali w prezencie. My zauważyliśmy, iż te dobra mogą być fajnym prezentem i urozmaiceniem polskiej rzeczywistości.

Kolejną gałęzią naszej działalności jest wolontariat. W pierwszych dwóch grupach wolontariuszy, które wysłaliśmy do Rwandy wyjechało po 7-10 osób. Obecnie nasi wolontariusze wyjeżdżają również do Etiopii, Kamerunu, Indii, Kolumbii oraz na Kubę w grupach po dwie, trzy lub cztery osoby.

W ostatnich latach bardzo mocno rozwijamy działalność projektową Fundacji, którą realizujemy po pozyskaniu funduszy od darczyńców instytucjonalnych lubindywidualnych. Najlepszym przykładem takiej działalności jest nasze zaangażowanie we współorganizację Rejsu Niepodległości w roku 2018 razem z Ministerstwem Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej oraz Uniwersytetem Morskim w Gdyni.

Współorganizacja Rejsu Niepodległości nauczyła nas bardzo wiele oraz otworzyła drzwi, których w przeciwnym razie nie bylibyśmy w stanie otworzyć. Po pierwsze, nauczyliśmy się rzetelnej współpracy ze sponsorami, którzy mają bardzo wyśrubowane wymagania. Nie są to proste pieniądze, lecz pozyskanie ich jest możliwe tylko poprzez dużą dokładność oraz właściwe raportowanie. Nauczyliśmy się również współpracy z instytucjami publicznymi. Ponadto, udało nam się zbudować relację z Uniwersytetem Morskim w Gdyni, która już teraz owocuje w organizowanych przez nas wspólnych spotkaniach. Naszym celem statutowym jest promocja Polski w świecie, troska o Polonię w różnych krajach oraz działalność międzykulturowa, w tym szczególnie dbanie o wymianę i wzajemne rozumienie się różnych kultur. Cieszę się, że przy Rejsie Niepodległości sprawdziliśmy się w boju w dużej mierze dzięki naszym bliskim relacjom z misjonarzami. Na przykład, gdy Dar Młodzieży przybijał do wybrzeży Dakaru, Kapsztadu czy Mauritusa, to właśnie misjonarze organizowali młodzież, która prezentowała swoją kulturę, a nasza młodzież robiła to samo – organizowała prezentacje, tańczyła Poloneza czy Krakowiaka. Zawiązywały się przyjaźnie, które trwają do dziś.

W trakcie Rejsu Niepodległości zwiedzaliśmy również dzieła dobroczynne misjonarzy. Jest to bardzo ważne w kontekście uwrażliwiania, ponieważ globalizacja postępuje, kultury coraz bardziej się wymieniają i już nie możemy zamknąć się tylko w swoich granicach. Również my mamy wpływ na procesy ekonomiczne czy ekologiczne. Proszę zastanowić się jak często wymieniamy nasze smartfony. Fakt, iż wymieniamy je tak często powoduje, że rośnie popyt na minerały z Konga, które wydobywane są w nieludzkich warunkach. Tej odpowiedzialności chcemy uczyć i uczymy innych.

Chciałabym tutaj zauważyć, że jesteśmy za siebie nawzajem odpowiedzialni! Jest to współczesny wymiar patriotyzmu. Poprzez to, iż Polacy pomagają lub działają w różnych krajach promujemy również Polskę w świecie. Jest to bardzo konkretna promocja Polski w Europie Zachodniej, ponieważ dobre wieści szybko się rozchodzą, wolontariusze się spotykają, tworzą się przyjaźnie i współpraca. Cieszę się, iż Rejs Niepodległości pokazał nam, że sprawdzamy się w tej roli. Jesteśmy przekonani, że wartościowym jest oferowanie młodzieży takich szans na rozwój, a relacje z Uniwersytetem Morskim w Gdyni bardzo nam to ułatwiają.

Nasi czytelnicy wiedzą, że Afryka to ogromny kontynent składający się z 54 państw. W jaki sposób podchodzicie Państwo do zrozumienia tej niezwykłej różnorodności?

Absolutnie nie można mówić o „Afryce” jako takiej. Bardzo często traktujemy Afrykę jako monolit: w Afryce, jadę do Afryki, państwo Afryka. Niestety, wielu ludzi w Polsce właśnie tak myśli i wielu ludzi biznesu również. Wielu z nas nie wie czym jest Afryka i jak do jej zrozumienia podejść. To dlatego, iż widzimy niewielu śmiałków, którzy decydują się na współpracę z Afryką. To tak jak byśmy mówili o Europie jak o jednym tworze, a wszyscy wiemy, iż kultura polska i kultury innych krajów – hiszpańska, rosyjska czy skandynawska, różnią się od siebie. Dokładnie tak samo w Afryce. Musimy pamiętać, o tym, iż każdy kraj jest inny. Możemy to poznać po rękodziele, które nasza Fundacja sprowadza do Polski. Afryka Wschodnia to bardziej smukłe rzeźby, często przedstawiające kobiety, które coś niosą na głowie. Rzeźby w Afryce Zachodniej są bardziej przysadziste, krępe, często przedstawiające postacie siedzące. Pomimo, iż kraje z pozoru mogą wydawać się do siebie podobne, to każdy kraj jest inny, ponieważ był on inaczej eksploatowany, a przez to teraz jest na innym etapie rozwoju.

Myśląc o robieniu biznesu w Afryce pamiętajmy o częstym braku struktur politycznych, które potrafią mogłyby zadbać o lokalne zasoby. Korzystają na tym lokalni rebelianci, miejscowi politycy oraz biznes. Jak inaczej można nazwać płacenie 1 USD za dzień pracy? Jeden z Pallotynów z Konga zapytał mnie kiedyś: „Jak to możliwe, że w Polsce produkuje się czekoladę, a nie macie kakao?” Biznes musi zacząć myśleć, aby coś tam stworzyć na miejscu. Oczywiście jest to trudne, ale kupowanie od tych ludzi “ryby” i płacenie im rzetelnie za tę rybę jest bardzo ważne i jest jedynym realnym scenariuszem na zrównoważony rozwój poszczególnych państw kontynentu.

Często widzimy, iż Afrykę traktuje się tylko jako rynek zbytu. Takie miejsce, gdzie można wciskać to co nie znajduje nabywców w Europie. Niejednokrotnie widzieliśmy jak w do Afryki wysyła się dary z tego, co w Europie się nie sprzeda i przez to Afryka staje się śmietnikiem Europy. Pęka mi serce jak słyszę, iż ktoś chce eksportować do Afryki zupy w proszku. Wysyłamy Afrykańczykom słodycze, a pasty do zębów są tam bardzo drogie. To my uczymy Afrykańczyków złych nawyków i musimy brać za to odpowiedzialność.

Na plantacji, fot. Monika Mostowska

W świetle Państwa doświadczeń jak w takim razie myśleć o robieniu biznesu w Afryce?

Serdecznie zachęcam do słuchania Afrykańczyków. Proszę ich obserwować i patrzeć sercem, a nie tylko portfelem. Przychodzi mi na myśl firma, która chciała zbudować biznes automatów do gier „jednorękich bandytów” w jednym z afrykańskich krajów. Firma odniosła sukces biznesowy, ale jej sukces skończył się tragicznie dla niektórych osób, które straciły swój cały majątek.

Widzimy, iż przed biznesem musi iść edukacja. Biznes i edukacja muszą iść razem. Pomoc społeczna i uświadamianie Afrykańczyków jest kluczowe, a to dlatego że żyją Oni w biedzie. Zachwyca ich dokładnie to samo co Polaków w czasach komunizmu: świat techniki, komputerów, kolorowych teledysków. Widzimy, iż Afrykańczykom wydaje się,że to co z USA, Europy lub Chin jest zawsze dobre. Myślę tutaj o sytuacji, którą widziałam w Rwandzie. Normalnie w trakcie procesji z darami na Mszy Świętej używane są kosze z trawy w pięknych kolorach. Zauważam, iż Rwandyjczycy coraz częściej używają do tego plastikowych misek z Chin, ponieważ uważają je za coś spektakularnego. Podsumowując: nie możemy wciskać im rzeczy, których tutaj nie chcemy i musimy ich też edukować!

Oprócz zachwytu światem zachodu co jeszcze łączy kraje afrykańskie?

Wspólna ogromna otwartość. Szacunek do człowieka z Europy. Zachwyt cywilizacją oraz uniwersalna chęć godnego życia i życia w pokoju.

Kameruński filozof Jean Marc Ela zauważył, iż postkolonializm w krajach afrykańskich objawia się tym, że teraz w krajach niepodległych ci bogaci wykorzystują biednych. Dzieje się tak tylko dlatego, iż oni znają tylko taki model. W Afryce bogaty, nawet nie bardzo bogaty, ma służbę i bardzo mało jej płaci. Jako iż służba nie ma innych możliwości zarobku, zgadza się na taką formę współpracy. Afrykańczycy wykorzystywani przez Afrykańczyków są spuścizną kolonializmu.

Wszystko to sprawia, iż Afrykę trzeba ciągle edukować. W tym kontekście bardzo ważna jest Katolicka Nauka Społeczna (KNS). W Rwandzie bardzo mocno do jej promocji przyczynił się ks. Stanisław Filipek, który pracował tam przez ponad 40 lat. Organizował on konferencje promujące papieskie encykliki czy traktujące o kwestiach życia społeczno-gospodarczego w krajach afrykańskich, na które zapraszani byli politycy, lokalne władze oraz biskupi. Pamiętajmy, iż w kulturze afrykańskiej analiza tekstów czytanych jest nowością. Dlatego tak ważna w tamtejszym społeczeństwie jest dyskusja.

Mówiąc o KNS w kontekście Afrykańskim cieszę się z zeszłorocznej wizyty papieża Franciszka na kontynent. Ta wizyta była częścią walki o godność Afrykańczyków, jaką podejmuje Kościół, który im pokazuje, że oni mają swoją godność. Światu natomiast uświadamia, że Afryka jest nie tylko kontynentem, na którym jest dużo ludzi, którzy mogą od nas kupować i nie jest także jedynie terenem, na którym możemy zakładać swoje firmy, ale są to ludzie, których powinniśmy traktować jak partnerów. Takie działania oczywiście nie są łatwe, ale jako starszy brat w rozwoju cywilizacji powinniśmy być odpowiedzialni za edukację i kształtowanie Afrykańczyków – w szczególności poprzez dawanie im dostępu do edukacji. To właśnie dzieje się poprzez misjonarzy. Wspomniany już ks. Filipek zorganizował w Rwandzie dwa Kongresy Miłosierdzia Bożego w 2014 i 2017 roku. Dla nas słowo to może brzmieć bardzo religijnie,a słowo „miłosierdzie” może sugerować, iż ograniczamy się jedynie do Kościoła, ale spróbujmy zrozumieć miłosierdzie jako troskę o drugiego człowieka. Obecnie ks. Filipek zorganizował kongres w Burkina Faso, który po raz kolejny był walką i krzyczeniem o godność. Ten krzyk słyszą wszystkie kraje Afryki, a kongresy kończą się podpisaniem „Deklaracji dla Afryki”.

Gdy myśli Pani o relacjach na linii Polska-Afryka to jaki obraz kształtuje się w Pani głowie? Co działa bardzo dobrze, a czego brakuje?

Bazując na moich doświadczeniach muszę stwierdzić, iż współpraca ta dopiero raczkuje. Dzieje się tak, ponieważ po pierwsze, biznesmeni boją się Afryki. Polska i polski biznes ma lęk przed Afryką. Po drugie, zbyt często nasi przedsiębiorcy patrzą na Afrykę tylko przez pryzmat rynku zbytu. Takie myślenie o szybkim zarabianiu pieniędzy sprawia, iż dobra, które chcą pozycjonować na tym rynku nie od razu lub nigdy nie zdają tam egzaminu –tak jak wspomniane już zupy w proszku.

Myśląc o relacjach Polsko-Afrykańskich, również w kontekście biznesowym, bardzo cenna jest społeczność misjonarzy. W przeszłości pracowaliśmy nawet z posłem Godsonem przy organizacji misji handlowej, która zatrzymywała się u księży pallotynów. Dlatego zachęcam przedsiębiorców do kontaktu z misjonarzami przed organizacją wyjazdów w różne zakątki Afryki. To dlatego, iż misjonarze znają życie w danym kraju. Oni znają te państwa od podszewki, są tam wiele lat, zaczynali od zera. Znają mentalność ludzi, lokalne języki czy struktury i układy. Na przykład niektórym firmom misjonarze pomagali jako tłumacze, często z języka francuskiego. Ponadto misjonarze służą noclegami i transportem. Widzę bardzo duże pole do współpracy z biznesem czy taką organizacją jak nasza. Mamy pewne ścieżki przetarte i z chęcią udostępnimy je przedsiębiorcom.

Myśląc o przedsiębiorcy, który chce robić biznes w Afryce – z Państwa doświadczenia: czego powinien się on wystrzegać?

Odradzamy wyjazd do Afryki bez poznania istniejących tam struktur (czy raczej ich braku) oraz stanu bezpieczeństwa w danym kraju. Przychodzi mi tutaj na myśl przykład naszego rodaka, który zaangażował się w biznes kopalniany w Kongo i nawet nie poinformował Ministerstwa Spraw Zagranicznych czy Krajowej Izby Gospodarczej o swoim wyjeździe, a jest to bardzo niebezpieczny region świata. Znamy wiele przypadków, w których trzeba było takie osoby ratować, a Ministerstwo nie miało pojęcia, że ktoś w ogóle tam wyjechał. Róbmy więc biznes w Afryce z rozwagą!

Jakie zmiany zachodzące w Afryce widzi Pani podczas podróży na kontynent?Które z nich uważa Pani za pozytywne, a które za negatywne?

W trakcie naszych licznych podróży do Rwandy dobrze widać dlaczego to małe Państwo nazywane jest Szwajcarią Afryki – stolica dynamicznie się rozwija, a prezydent Kagame dba o utrzymanie dobrych relacji z Europą. Na przykład, w Brukseli organizowane są Europejskie Dni Rozwoju z aktywną reprezentacją delegacji Rwandyjskiej na czele z panem prezydentem. To pokazuje, iż relacyjność i otwartość na współpracę z Afryką po stronie europejskiej jest bardzo ważna i wzbogaca obydwa regiony.

Niemniej jednak to, że rozwija się stolica nie znaczy, iż rozwija się reszta państwa. Należy pamiętać, że kraje afrykańskie są społeczeństwem wiejskim i to właśnie wieś jest miernikiem rozwoju. Czasami im bardziej rozwija się stolica tym zwiększa się dysproporcja między bogatymi a biednymi. W tym procesie na rzecz rozwoju miasta zabierane są tereny rolnicze. Z naszego punktu widzenia są to byle jakie domy, ale z punktu widzenia ludzi, którym ten dom był zabrany, był to dom. Bardzo często ci ludzie nie są w stanie odkupić sobie terenów o podobnym standardzie.

Prosimy pamiętać, że jeśli ktoś był w stolicy któregoś z państw afrykańskich, to nie znaczy, że poznał dany kraj! Trzeba się wybrać na wieś i zobaczyć jak żyją ludzie, aby mówić, że ktoś poznał i zrozumiał rzeczywistość jakiegokolwiek afrykańskiego kraju.

Zapewne spotyka się Pani również z wieloma Polakami w trakcie podróży. Czy jest coś wspólnego co łączy naszych rodaków odwiedzających/mieszkających na kontynencie?

Bez wątpienia każdy – wolontariusze, turyści, ludzie biznesu – ma poruszone serce. Ci ludzie nie wracają z Afryki tacy sami jak byli wcześniej. Często spotykam się z myśleniem, iż to u nas jest bieda, więc pomagajmy u siebie, a nie gdzieś daleko. Jednak po każdym, nawet krótkim wyjeździe do Afryki, widać, że naszej biedy nie możemy porównywać do tej afrykańskiej. Ponadto my mamy struktury pomocy społecznej i jednak możemy zawsze na coś liczyć. W krajach afrykańskich często nie ma w ogóle struktur pomocy. Tamta bieda jest o wiele bardziej dotkliwa i jest – po prostu – beznadziejna. To jest zamknięty krąg, nie da się z niego wyjść bez pomocy z zewnątrz. Ponadto w społeczeństwach afrykańskich kobieta jest w gorszym położeniu niż mężczyzna, często ma dzieci, a nie ma męża i to ona jest słabym ogniwem społeczeństwa. Zdążą się tak, że nawet najbliższa rodzina potrafi zabrać jej dom i kawałek ziemi, a kobietę wypędzić. Taka osoba tuła się z dziećmi na plecach przez całe życie, albo do momentu, w którym znajdzie pomoc. Siostry misjonarki niejednokrotnie budują domy dla konkretnych ludzi właśnie po to, aby dać im schronienie i ponowny punkt zaczepienia w społeczeństwie.

Rozmawiając o Rwandzie nie sposób nie zapytać o ludobójstwo z roku 1994. Jak to doświadczeniewpływa na obecną sytuację w Rwandzie?

Pojednawczo. Pamiętajmy, iż jest to doświadczenie świeże. Wyobraźmy sobie Polskę 25 lat po II wojnie światowej. Podobnie jest teraz w Rwandzie. Nadal są odkopywane zwłoki ludzi i na nowo organizowane są pogrzeby, a ludzie przeżywają te traumatyczne doświadczenia cały czas na nowo. Te rany są dla Rwandyjczyków ciągle świeże i dlatego dążenie do pokoju oraz niechęć do wojny jest czymś, co jednoczy i bardzo pomaga Rwandzie.

W tym kontekście nie bez znaczenia jest działalność misjonarzy i głoszone przez nich orędzie o miłosierdziu. Rozumiem, że słowo to w języku polskim może brzmieć „kościółkowo”. Spójrzmy na to szerzej – to, co kryje się pod tym słowem jest pochyleniem się nad drugim człowiekiem, ale również nad samym sobą. Jest to umiejętność przyznania się do win, przebaczenia, proszenie o wybaczenie.

Jednym z miejsc, w których jest to możliwe jest Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Kabuga. W każdy pierwszy piątek miesiąca odbywają się tam nabożeństwa ekspiacyjne. Wierni przez cały miesiąc piszą na karteczkach rzeczy, które zrobili, a za które czują się winni oraz rzeczy, których nie mogą wybaczyć swoim sąsiadom czy najbliższym. Te wszystkie karteczki palone są na ogromnej metalowej tacy pod figurą Jezusa Miłosiernego w każdy pierwszy piątek. Dla Afrykańczyków obraz przemawia bardziej niż słowo, więc taka modlitwa jest bardzo ważna i ma ogromne znaczenie oczyszczające dla tych ludzi. Również bardzo ważne są miejsca wieczystej adoracji, na przykład w Ruhango. Wiem iż to też brzmi bardzo nabożnie, ale jest to bardzo ważne. Często spotyka się tam nawet matki z dziećmi na plecach modlące się tam przez całą noc. Modlitwa otwiera furtkę do tego, iż można normalnie żyć. Mimo wszystko.

Powinniśmy myśleć o miłosierdziu dużo szerzej niż tylko w kontekście Kościoła. Niemniej jednak, to właśnie Kościół odegrał kluczową rolę w szerzeniu orędzia o miłosierdziu. To czego również możemy nauczyć się od Afrykańczyków, to myślenia szerzej o Kościele powszechnym. Często widzę jak Afrykańczycy, którzy przyjeżdżają do Polski dziwią się, że w naszych Kościołach jest tyle symboli narodowych. Dla nich doświadczenie Kościoła powszechnego to coś znacznie szerszego. To są prawdy uniwersalne. Misjonarze mają bardzo duże wyczucie w tym aspekcie. To właśnie oni dają impulsy do rozwoju społecznego oraz do miłości społecznej. Nie mówimy tutaj tylko o odniesieniu religijnym. Mieszkańcy Afryki rozumieją Jezusa jako wyzwoliciela. Nie tylko z grzechu, ale również od ich krzywd doczesnych. Dla nich konieczna jest świadomość wyzwolenia nie tylko od niemoralności, ale również z biedy, braku godności, poczucia bycia gorszym w stosunku do Europy. Misjonarze mają tego ogromne wyczucie i właśnie tak działają.

Pamiętajmy, iż bycie chrześcijaninem to nie tylko rytualne chodzenie do Kościoła, ale zmiana naszego życia już na ziemi poprzez zwracanie uwagi na bliźniego. Myślę, że Afrykańczycy lepiej to rozumieją niż my w kontekście społecznym. Dla nich chrześcijaństwo nie zamyka się w kościele, ale jest to życie ewangelią w szerokim sensie społecznym.

Jaki jest największy mit na temat Afryki głęboko zakorzeniony w głowach naszych Rodaków?

Postrzeganie Afryki jako bardzo niebezpiecznej. Miejsca, w którym można zarazić się niebezpieczną chorobą. Oczywiście są miejsca bardziej, lub mniej niebezpieczne, ale są też miejsca bezpieczne, w których nasze życie i zdrowie nie jest zagrożone. Oczywiście koniecznym jest zwiększenie ostrożności ze względu na odmienną kulturę i mentalność oraz zachowanie środków higieny.

Kolejnym ogromnym mitem jest myślenie, że są to gorsi ludzie, którzy „dopiero co zeszli z bambusa”. To nie jest tak!  Afrykańczycy są ludźmi, którzy bardzo chcą się edukować, znają języki i często uczą się ich szybciej niż my. Wielu z nich zna trzy języki tak, z biegu. To dlatego, że posługują się językiem urzędowym, czyli: angielskim, francuskim lub portugalskim. Dodatkowo znają jeszcze kilka miejscowych języków. W przypadku Rwandy jest to Suahili oraz Kinyarwanda.

Mówiąc o inteligencji Afrykańczyków przychodzą mi na myśl badania James Flynn, które pokazują, iż w krajach afrykańskich przyrost IQ z pokolenia na pokolenie jest najbardziej dynamiczny, a najwolniejszy w Skandynawii. Dzieje się tak dlatego, iż Skandynawowie starują z bardzo wysokiego poziomu, a Afrykańczycy z niskiego. W krajach afrykańskich mają miejsce skoki cywilizacyjne, a więc pewne etapy rozwoju są pomijane. Na przykład nigdy nie było tam telefonów analogowych, a potem od razu pojawiła się telefonia komórkowa. Podobnie sytuacja wygląda sytuacja w przypadku lotnisk. Nie są wciśnięte gdzieś w zabudowania miejskie, ale zbudowane z zastosowaniem najnowszych rozwiązań i technologii.

Myśląc o „Afryce” myśli Pani o…?

Życiu. Dynamizmie. Jest kolorowo i jest bardzo dużo ludzi. W każdym z afrykańskich miast tłumy ludzi idą w jedną i drugą stronę. Nie jest pusto. Nie jest cicho. Afryka to życie i relacje.

Przychodzi mi do głowy następujący obrazek podpatrzony u misjonarzy. Przejeżdżając gdzieś, a jadąc w zupełnie inne miejsce, po drodze zatrzymujesz się tylko po to, aby kogoś pozdrowić. U nas trzeba mieć sprawę, trzeba zadzwonić i umówić się na spotkanie, a tam kogoś odwiedzasz zupełnie bez zapowiedzenia: „Witaj, co słychać? Przyszedłem Cię pozdrowić i jadę dalej”. To jest niesłychanie miłe i możemy się tego uczyć. Jestem tutaj, jestem Ci bliski i jestem na Ciebie otwarty.

Pani Moniko, gratulujemy dotychczasowych sukcesów Fundacji Salvatti, trzymamy za Państwa kciuki i dziękujemy za podzielenie się z Naszymi Czytelnikami Pani doświadczeniem!

***

Budując na zaproszeniu Pani Moniki, Redakcja InvestAfrica.pl serdecznie zachęca wszystkich zainteresowanych robieniem biznesu w Afryce do kontaktu z Fundacją Salvatti. Zachęcamy Państwa również do odwiedzenia sklepu Amakuru prowadzonego przez Fundację w Warszawie oraz robienia zakupów za pośrednictwem sklepu internetowego Amakuru. Serdecznie zachęcamy wszystkich, który myślą o wolontariacie, a w szczególności Panów, do kontaktu z Fundacją Salvatti.

Katolicka Nuka Społeczna jest równie droga sercu Redakcji InvestAfrica.pl i dlatego zachęcamy do zapoznania się z działalnością Instytutu Tertio Millennio, mającą na celu jej popularyzację w Polsce. Serdecznie zapraszamy na organizowane przez Instytut Szkoły Letnie, Jesienne i Zimowe.

Wszystkich wyjeżdżających do Afryki zachęcamy do rejestracji wyjazdu w systemie „Odyseusz” Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.