Marka Zmysłowskiego niektórym czytelnikom przedstawiać nie trzeba. Mówi się, że jest bardziej popularny w Nigerii niż w Polsce, jednak to może już niedługo się zmienić. Ekspert od spraw biznesu w Afryce, doświadczony przedsiębiorca, celebryta a od niedawna autor książki opisującej realia świata biznesu w Afryce na tle historii przemiany osobistej podczas swojej wizyty w Polsce spotkał się z nami i opowiedział o książce, swoich doświadczeniach w Afryce, relacjach polsko-afrykańskich a także zdradził czym zajmuje się obecnie.

Co było główną motywacją  do napisania książki?

Do napisania książki skłoniło mnie kilka elementów, które się na siebie nałożyły. Punktem kulminacyjnym było zatrzymanie na Okęciu, kiedy obiecałem sobie, że jak z tego wyjdę cało to z całą pewnością przeleję wszystko na papier. Myślałem o stworzeniu książki już wcześniej, gdyż większość pozycji z gatunku literatury faktu o Afryce to albo prace akademickie, które tłumaczą dlaczego jest tak źle skoro jest tak dobrze, albo  książki podróżników przemierzających samotnie Saharę. Wszystko to wzmacnia wizerunek Afryki, który niekoniecznie pasuje przedsiębiorcom. Uznałem, że opisanie Afryki od strony biznesowej czyli lotnisk, biurowców będzie wypełniało niszę. Pomyślałem, że temat może zainteresować wielu ludzi a ubrany w ramy biografii stanie się jeszcze bardziej przystępny dla czytelnika. Okazuje się, że taka forma przypadła ludziom do gustu. Wszystko, co pisałem wcześniej trafiało do szuflady, lubiłem pisać a swoje myśli ubierałem przeważnie w formułę krótkich postów. Dużo się tego nazbierało przez lata.

Na kartkach książki znaleźć można historię twojej transformacji będącej dobrym przykładem na to, że ograniczenia istnieją tylko w głowie. Otwarcie mówisz o problemach, sytuacjach kryzysowych jak i porażkach. Czy kryje się za tym lekcja dla czytelnika?

Mam nadzieję. Wydaje mi się, że ta świeżość i otwartość w książce już sama w sobie jest jakąś wartością. Zbyt dużo książek napisana jest w formie hagiografii biznesmenów stworzonych przez działy PR. Dla mnie ważne jest, że pokazuję całą drogę. Opisuję na przykład rzeczy, które wydarzyły się gdy miałem 19 lat, gdyż to właśnie one wpłynęły na to jak patrzę dzisiaj na świat i jak robię biznes w wieku lat trzydziestu.  Mam nadzieję, że dużo osób znajdzie też u siebie takie zależności.

Jednym z poruszanych przez ciebie wątków jest biznes. Czy “Goniąc czarne jednorożce” można potraktować jako podręcznik robienia biznesu w Afryce?

Strasznie niebezpieczne słowo. Wydaje mi się, że nie. Podręcznik wskazuje na zamkniętą w pigułce wiedzę definiującą pewne procesy, których trzymanie się jest gwarancją sukcesu. Jednak biznes to nie matematyka albo historia. Książka stanowi zbiór lekcji, które każdy może wziąć do siebie i na ich podstawie podejmować decyzje, co nie znaczy jednak, że trzymanie się moich rad jest gwarancją sukcesu.

Nawiązując do sukcesu, czy możesz podzielić się, co stanowi twoje największe osiągnięcie a co największą porażkę w kontekście afrykańskim?

Największym sukcesem jest fakt, że Jovago zostało połączone z inną firmą, która w chwili obecnej jest afrykańskim jednorożcem. Patrząc z perspektywy czasu swoją rolę w całym procesie sprowadzam do małego trybika, aczkolwiek bardzo istotnego, gdyż byłem pierwszą osobą wysłaną do Nigerii. Moją rolą było rozkręcenie biznesu, zbudowanie go od podstaw.

Największą porażkę postrzegam w sposobie doboru ludzi do mojego drugiego biznesu, który doprowadził mnie do problemów z Interpolem. Totalnie źle ich odczytałem, wydawało mi się, że już wszystko wiem, natomiast podjąłem najgorsze decyzje personalne przy tym biznesie, dodatkowo było ich kilka naraz. Dlatego to skończyło się taką katastrofą. Źle dobrałem członków zespołu, dyrektorów a na inwestorach kończąc. Ciężko jest ocenić, czy z dzisiejszą wiedzą podjąłbym inne decyzje. Teraz jest łatwo oceniać. Bez wątpienia decyzje zapadały zbyt pochopnie, gdyż działałem pod presją czasu i stresu. To była największa porażka, która z dzisiejszej perspektywy stała się moją największą lekcją.

Twoja książka zmusza do refleksji. Co zrobiłbyś jeszcze raz? Co byś zmienił a czego żałujesz?

Długo się zastanawiałem nad tym pytaniem. Krótka odpowiedź jest taka, że raczej nic bym nie zmienił, gdyż każdy błąd stanowi swego rodzaju nauczkę. Zmuszony jednak do odpowiedzi powiedziałbym, że zbyt szybko wszedłem w biznes. Rzuciłem studia na pierwszym roku po to, żeby otworzyć firmę. Mogłem z tym poczekać i najpierw zdobyć doświadczenie pracując dla kogoś innego, wtedy nie popełniłbym 80% swoich błędów.

Jeśli nieustannie uczysz się czegoś nowego to cały czas popełniasz błędy. W biznesie technologicznym a dodatkowo w Afryce jest tak, że błędów wystrzec się po prostu nie da. Afryka pod kątem nowych technologii i budowania skalowalnych biznesów to cały czas carte blanche.

Afrykańska przygoda chłopaka z Koszalina zaczęła się dość niespodziewanie. Jak wyglądał proces zakochiwania się w tym kontynencie?

Od kolegi dowiedziałem się o Rocket Internet, która jest największą firmą na świecie budującą projekty internetowe i zatrudniającą 30 tysięcy osób w kilkudziesięciu krajach. Ja po prostu bardzo chciałem z nimi pracować. To był moment, gdzie zrozumiałem, że zbyt wcześnie spróbowałem swojego biznesu i muszę zrobić krok wstecz i pracować dla kogoś, wydając jednocześnie nie swoje pieniądze. Nawet jeśli mniej na tym zyskam w kontekście finansowym to ryzyko rozłoży się bardziej równomiernie. Zbyt dużo swoich pieniędzy wydałem już wcześniej w Polsce jako dwudziestoparolatek, żeby na zakończenie dostać w twarz.

Moje relacje z Afryką często porównuję do związku. Kochamy się, nienawidzimy, ale z całą pewnością szanujemy, więc pozostajemy ze sobą. Na początku to była fascynacja, wszystko co jest nowe automatycznie przypomina miesiąc miodowy – nie ma się do czego przyczepić. Po paru miesiącach ekscytacja opada i zaczyna cię irytować wszystko, co jest inne. Na tym moim zdaniem polega problem zrozumienia innych kultur, co prowadzi często do ksenofobii. Jesteś już do czegoś przygotowany i przyzwyczajony. Dobrym przykładem może być wizyta w kawiarni. Ludzie z naszego kręgu kulturowego starają się w takich okolicznościach zachowywać cicho, żeby nie przeszkadzać innym. Afrykanie natomiast rozmawialiby głośno, gdyż w kulturze niektórych plemion rozmawianie cicho jest oznaką tego, że nie jesteś szczery. Mieszkańcy Afryki mówią głośno, żeby okazać szczerość i dobrą wolę. Takich przykładów jest mnóstwo. Dodatkowo w Afryce jest inne postrzeganie czasu. Podczas gdy 5 minutowe spóźnienie może być w Polsce powodem do zdenerwowania to w Afryce czas jest pojęciem metafizycznym. Dla Afrykańczyków takie zachowanie nie jest absolutnie oznaką braku szacunku. Te dwa przykłady dobrze świadczą o tym, że takich niuansów jest bardzo dużo i w pewnym momencie mogą one tak obciążyć, że masz już dosyć. 80% osób odpada po 6 miesiącach. Jak już przeżyjesz pierwsze 6 miesięcy to z dużym prawdopodobieństwem zostaniesz na dłużej.

Tobie się udało?

Moja lekcja była taka, że nie należy się wkurzać na rzeczy, których nie możesz zmienić, nauczyłem się, żeby słuchać oraz docenić to, co ci się podoba. A mi podobało się bardzo wiele rzeczy w Nigerii czy w Kenii. Między innymi agresywne podejście do biznesu. Fakt, że nie robisz kolejnej aplikacji tylko bierzesz udział w przedsięwzięciu na dużą skalę i zakładasz pierwszy serwis hotelarski na kontynencie. To była dla mnie duża sprawa, przynajmniej po przygodzie w Polsce. Podobał mi się też styl życia. Ludzie w Lagos bardzo ciężko pracują a wieczorami idą się bawić. Gdyby nie to, że znalazłem sobie znajomych i fajny sposób na spędzanie czasu, odstresowywanie się to nigdy bym nie wytrzymał. Mi sposób spędzania wolnego czasu w Lagos odpowiadał. Ludzie, którzy lubią chodzić do dobrych restauracji i spacerować po pracy odpadali po kilku miesiącach. Rekordzista, którego zatrudniliśmy poprosił o samolot powrotny tego samego dnia wieczorem. Dodatkowym czynnikiem, który przekonał mnie do Afryki było zdanie sobie sprawy, że jestem w miejscu, które biznesowo daje mi nieograniczone możliwości, więc jeśli wtedy powróciłbym do Polski na tarczy to przegrałbym a to nie pasuje to mojego charakteru.

Opowiedz coś o gorszych momentach.

Takich było bardzo wiele. Moja książka głównie opisuje złe momenty.

Nie uważam, że sukces, który osiągnęły moje firmy był spektakularny. Są przedsiębiorcy, którzy mogą pochwalić się dużo większymi osiągnięciami. Jestem absolutnie pewny, że to dopiero początek mojej drogi jeśli chodzi o biznes. W gruncie rzeczy jestem niezadowolony ze skali tego, co zbudowałem na płaszczyźnie zawodowej, jednak prywatnie uważam się za szczęściarza a zarazem człowieka sukcesu a to z uwagi na moją definicję. Polega ona na tym, że mogę robić to, co chcę nie przejmując się cenami czy metkami wybierając się na zakupy. To właśnie daje mi wolność i dlatego uważam się za człowieka sukcesu. Natomiast biznesowo jestem raczej człowiekiem porażki. Wszyscy moi znajomi, którymi się otaczam mają o wiele większe osiągnięcia. Mój biznes przy ich dorobku jest niczym.

Czy twoje plany na przyszłość są niezmiennie związane z Afryką?

Biznesowo tak, jak najbardziej. Afryka plus inne kraje wschodzące. Wydaje mi się, że doświadczenia z Afryki mogą być bardzo przydatne na przykład w południowo-wschodniej Azji a być może także częściowo w krajach Ameryki Łacińskiej. Moje poprzednie doświadczenia można z całą pewnością ekstrapolować na inne rynki, oczywiście z szacunkiem dla ich specyfiki. Lekcje z rynku afrykańskiego będą o wiele bardziej cenne jeśli chcesz otworzyć biznes w Azji południowo-wschodniej niż planując przedsięwzięcia w Europie. Jest coraz więcej firm, głównie z branży fintechowej, które po odniesieniu sukcesu w Afryce wchodzą do Azji. Jeśli wyszło ci w Nigerii to osiągnąłeś bardzo dużo. Cokolwiek może pójść źle to z całą pewnością wydarzy się właśnie w Nigerii.

Ze względu na problemy z Interpolem byłem zmuszony zredefiniować trochę swoje podejście, zrezygnowałem z prowadzenia firm i stałem się doradcą spółek technologicznych, które już sobie poradziły na innych rynkach i są na etapie wchodzenia do Afryki. Współpracuję z czterema firmami jako doradca do spraw ekspansji na Afrykę. Ostatni rok bardzo mnie pochłonął walką o sprawiedliwość, dużo czasu zajęło również napisanie książki. Odpuściłem trochę biznes i skupiłem się na działalności doradczej.

Chwilowa przerwa w prowadzeniu biznesu z pewnością skłoniła cię do przemyśleń. Jak będzie wyglądać Afryka za 10/20 lat?

Wydaje mi się, że jest jeszcze wiele miejsca na wzrost. Azja czy Ameryka Łacińska są już na innym etapie. Afryka jest kontynentem, gdzie wzrosty są jeszcze na bardzo początkowych etapach, co związane jest mocno z rozwojem podstawowej infrastruktury. Dużym ryzykiem może okazać się zależność od Chin. Mówi się nawet, że jak Chiny kichną to cała Afryka ma grypę. Natomiast z uwagi na to jak wiele podstawowych gałęzi biznesu w Afryce jeszcze raczkuje to przyjąć można, że w Afryce jest najwięcej do zarobienia a zarazem najwięcej wzrostu do wygenerowania. Bałbym się stwierdzenia czy będzie to wzrost najszybszy, natomiast z całą pewnością będziemy mieli do czynienia z najdłuższym wzrostem w perspektywie nadchodzących lat. Bardzo ważny jest tutaj moment, w którym zaczynasz. Jak spojrzysz ile jest jeszcze do nadgonienia pomiędzy statystycznym Nigeryjczykiem a statystycznym Europejczykiem, zakładając, że demokracja, kapitalizm oraz konsumpcjonizm wygra, bo lepiej żeby ludzie szli do kina niż ze sobą walczyli to okazuje się, że największy potencjał tkwi właśnie w Afryce.

Czego brakuje, żeby kontynuować historię afrykańskiego sukcesu?

Lokalnej produkcji. Zbyt dużo rzeczy się importuje a to jest po prostu wydawanie pieniędzy bez żadnej wartości. Potrzeba również transferu technologii, wiedzy i talentów. Problemem jest także niewystarczająca infrastruktura, np. dostęp do internetu, co jednak zmienia się w błyskawicznym tempie. Koszt dostępu do internetu podczas mojego 5-letniego pobytu w Afryce zmalał bodajże dwudziestokrotnie – to jest niesamowite. Duża jest tutaj zasługa Chin, które budują na potęgę drogi, autostrady, biurowce, koleje, lotniska, co oczywiście wiąże się z konsekwencjami, gdyż Chiny dzięki temu owijają sobie rządy afrykańskie wokół palca. Z drugiej jednak strony ich działanie rozwiąże problem Afryki jeśli chodzi o niedostateczną infrastrukturę. O to jestem spokojny.

Jak ty patrzysz w takim razie na obecność Chin w Afryce?

Chiny mają długofalowy plan kontroli gospodarczej świata. Taki sam plan ma Unia Europejska i Stany Zjednoczone. Różnica polega na tym, że Chiny są o wiele skuteczniejsze we wprowadzaniu tego planu w życie. Potrzeba właśnie przykładu Chin, które pokazują, że robią coś bardziej skutecznie, żeby ten nasz „stary świat”, który uważamy za lepszy, albo bardziej demokratyczny, się obudził. Taki pstryczek w nos się nam przyda. Analiza historii gospodarczej świata udowadnia, że balans pomiędzy dwoma dużymi siłami jest zawsze zjawiskiem pożądanym. Fajnie, że tworzy się jakaś przeciwwaga. W perspektywie 10-20 lat mocna pozycja Chin jest dlatego moim zdaniem sytuacją korzystną.

Patrząc z perspektywy naszego podwórka, jak powinni zabrać się za Afrykę przedsiębiorcy? Co mógłbyś im doradzić?

Traktuj Afrykę jako fragment twojego portfela inwestycji o największej skali ryzyka. Jeśli chcesz zainwestować w Afryce, to musisz mieć świadomość, że możesz te środki stracić. Można porównać to do inwestowania: część kasy w obligacje a część w akcje. Afryka niech będzie twoimi akcjami. Jeśli jesteś firmą, która jeszcze nie do końca sobie radzi i ma wiele wyzwań na swoim podstawowym rynku – zapomnij o Afryce. Masz inne walki do toczenia. Natomiast jeśli już zmaksymalizowałeś potencjał na rynkach, na których jesteś obecny i masz pieniądze, które możesz troszkę lżejszą ręką zainwestować, żeby zbadać rynek, wybierz sobie jeden, maksymalnie dwa kraje afrykański, które i tak są ogromne i zacznij go analizować, wyślij ludzi ale rób to samemu i poświęć temu czasu.

Najwygodniejszym modelem biznesowym z punktu widzenia producenta jest znalezienie partnera biznesowego na miejscu, ale jednocześnie jest to ogromnie ciężkie i trzeba liczyć się z tym, że nie ma jeszcze mechanizmów, które pozwolą poradzić sobie z brakiem zaufania. Dystrybutor nie będzie bowiem chciał wysłać wam pieniędzy, dopóki nie dostanie towaru, wy natomiast będziecie się obawiać wysłać cokolwiek zanim dostaniecie 100% zapłaty. I to wygląda jak przeciąganie liny, ktoś w końcu musi sobie odpuścić. Jeśli więc masz wysłać towar za darmo jako wyraz zaufania do dystrybutora, być może lepiej byłoby zminimalizować ryzyko i otworzyć własne przedstawicielstwo. Dzięki temu masz większą kontrolę nad tym, co się dzieje a przy okazji poznajesz rynek. W takim scenariuszu nawet jeśli stracisz pieniądze to zyskasz bezcenna wiedzę.

Czy polskie instytucje państwowe w wystarczający sposób wspierają plany ekspansji firm znad Wisły?

Mam bardzo mało wiedzy na ten temat, gdyż nigdy nie zwracałem się do konsulatów czy izb gospodarczych z prośbą o pomoc. Poza jedną sytuacją, którą opisałem w książce. Wtedy ambasada okazała się bardzo pomocna. Od strony biznesowej, słyszałem różne rzeczy. Mogę jednak podzielić się swoją wiedzą wyciągniętą z obserwacji podejścia innych krajów. Poważni gracze nie robią tego poprzez ambasady, ponieważ urzędnicy z reguły nie rozumieją biznesu. Duże kraje już się nauczyły otwierać instytucje rządowo-prywatne, które pomagają nawiązywać kontakty biznesowe. Wydaje mi się, że Polska w ostatnim czasie poczyniła kroki w dobrą stronę zmieniając na przykład formułę działania PAIH-u.  Z tego co słyszałem to idzie w dobrym kierunku, jednak chyba zbyt wcześnie, żeby oceniać.

Jaki jest największy mit na temat Afryki głęboko zakorzeniony w głowach naszych rodaków?

Przekonanie, że Afryka to pustynia i dzikie zwierzęta. Nie ma dobrego kanału komunikacji, który by promował inną wizję. Książki przedstawiają Afrykę przez pryzmat samotnych podróżników zmagających się z trudami podróży natomiast NGOsy (organizacja pozarządowe) promują ten negatywny wizerunek, gdyż oni muszą zbierać środki na swoją działalność. A z kolei biznesy nie są zainteresowane, żeby przyciągać konkurencję. Dobrym przykładem może być działalność Heinekena w Nigerii, który posiada bodajże 80% udziałów w rynku browarniczym, świetnie sobie radzi, jednak jeśli spytasz się któregoś z managerów jak jest w Afryce to z dużym prawdopodobieństwem usłyszysz, że ekspaci są porywani raz na miesiącu. W ten sposób odstraszają konkurencję. Pojawia się pytanie w czyim interesie jest promowanie pozytywnego wizerunku Afryki. Na pewno nie w interesie organizacji pomocowych oraz globalnych korporacji, które boją się konkurencji. Dodatkowo rozwarstwienie społeczne w Afryce sprzyja lokalnym grupom trzymającym władzę, szczególnie tym, które mają kontrolę nad surowcami naturalnymi. Dopóki społeczeństwo jest podzielone, biedne, niewyedukowane i nie potrafi się zorganizować przeciwko obecnemu status quo dopóty jest im dobrze. Można to podsumować krótką anegdotą:

Pierwsi kolonizatorzy dopłynęli do wybrzeży Afryki i podczas rozmowy z wodzem zaproponowali, że nauczą go demokracji, na co on odpowiedział: „Dobrze. Ja was z kolei nauczę jak się utrzymać przy władzy”.

Rozmawiał Sławek Winiecki