W piątek 2 lutego Stany Zjednoczone nałożyły embargo na handel bronią z Południowym Sudanem. W oficjalnym wystąpieniu Heather Nauert, rzeczniczka Departamentu Stanu, powiedziała, że USA nie mogą stać bezczynnie, gdy niewinni cywile są mordowani w trwającej od 2013 roku wojnie domowej.

Te słowa odbiły się echem w Jubie (stolicy Południowego Sudanu), jednak po krótkim czasie zniknęły w gąszczu informacyjnym. Stany Zjednoczone oficjalnie nie sprzedają broni do tego państwa, a regulacja czarnego rynku, biorąc pod uwagę geopolityczne warunki regionu, nie jest łatwa. To nie USA jest problemem, a deklaracja pani Nauert ma bardziej charakter kosmetyczny niż praktyczny.

Do Południowego Sudanu wysyłana jest broń z Chin, której sprzedaż ONZ oszacowała  na 20 milionów dolarów w 2014 roku. VICE news opublikował dowody na to, że chińska firma NORINCO wysłała przez port w Mombasie do Południowego Sudanu karabiny szturmowe, granatniki przeciwpancerne RPG i miliony sztuk amunicji o wartości 38 milionów dolarów.

Do Południowego Sudanu wysyłana jest broń z Rosji, która jest największym tego typu eksporterem na kontynencie afrykańskim, posiadającym 35%  tego rynku.  Firma Rosoboronexport, od momentu powstania, sprzedała kontrakty na broń i amunicję na 21 miliardów dolarów.

Moskwa, podobnie jak Pekin, widzi Południowy Sudan jako idealnego odbiorcę broni lekkiej, takiej jak AK-47, który używany jest w wojnie pomiędzy wojskami rządowymi i siłami opozycji jak również w walkach plemiennych.

Do momentu podpisania Traktatu ONZ o Handlu Bronią (ATT)  24 grudnia 2014 roku, który zabrania sprzedaży podobnych produktów do krajów konfliktowych,  także Izrael  sprzedawał zbrojenia Jubie. Natomiast w ostatnich latach, a zwłaszcza między  rokiem 2015 i 2016 Izrael zwiększył sprzedaż broni do pozostałych krajów Afryki o 70% i w skali światowej generuje około 6.5 miliarda dolarów z tego procederu – skok o prawie miliard w porównaniu z rokiem poprzednim.

Fot. Mikołaj Radlicki

Trudno określić dokładnie ile produktów militarnych Izrael sprzedaje  poszczególnym krajom, bo dostępne dane ukazują jedynie informacje regionalne. Wzrost sprzedaży broni do Afryki jest jednak wyjątkowo wysoki, bo ponad czterokrotny: z 71 milionów w 2009 roku do 318 milionów w 2014 roku.

Czy produkty sprzedane legalnie rządom w państwach „bezpiecznych”, jak na przykład Kenia, mają szansę przejechać przez granice i trafić do krajów „konfliktowych” takich jak Somali lub Południowego Sudanu? Na pewno.

Południowy Sudan wydaje rocznie ponad miliard dolarów na zbrojenia. To wielka suma biorąc pod uwagę, że cały budżet operacyjny Juby to nie więcej niż 800 milionów dolarów. W najnowszym raporcie Oxfam, międzynarodowej agencji pozarządowej, szacuje dostęp ludności cywilnej  do broni palnej na 28% – najwyższy odsetek w Afryce.

Traktat o Handlu Bronią do dziś nie doczekał się podpisu Chin i Rosji.

Między retoryką a efektem  

Nałożenie embarga i deklaracja Departamentu Stanu USA nie zdziała wiele, gdy dwaj potężni gracze zamiast zmniejszać eksport zbrojeń do Afryki konkurują o jej rynek. Tak wielki popyt na uzbrojenie na kontynencie afrykańskim to gigantyczny zarobek i nie jest dziwne, że dwa kraje o wątpliwym podejściu do praw człowieka, nie palą się do podpisu traktatu ONZ o Handlu Bronią.

Z logicznie podobnego powodu Południowy Sudan, jako jedyny niepodległy kraj w Afryce, nie sygnował Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych. Daje mu to wolną rękę w kwestiach łamania tych praw, których częścią jest zbrojenie nieletnich, torturowanie więźniów i generalna opresja niepodporządkowanych frakcji i odłamów politycznych – do czego potrzebne są różnorakie rodzaje broni.

Problem nielegalnej sprzedaży broni lub legalnego eksportu podsycającego konflikty jest problemem wielu krajów afrykańskich. W tym samym raporcie Oxfam podaje dane ilości posiadanej broni w niektórych krajach afrykańskich – w sumie podliczyć można prawie 22 miliony sztuk. Każda pojedyncza sztuka trafiła do Afryki spoza tego kontynentu.

Stany Zjednoczone i Europa potępiają sprzedaż broni do krajów konfliktowych z pobudek humanitarnych, ale ma to nikły przekład na efektywne działania. Z 21 krajów „kryzysowych”, sklasyfikowanych w ten sposób przez UNOCHA (United Nations Office for Coordination and Humanitarian Affairs), trzynaście znajduje się w Afryce, a łączna ilość wsparcia społeczności międzynarodowej wynosi w tych krajach prawie 10 miliardów dolarów.

To znaczy, że do miejsc najbardziej dotkniętych przez głód i katastrofy naturalne, ale także mających najsłabszą strukturę zarządzania, najbardziej skorumpowane rządy i nikłe lub nieistniejące prawa człowieka – bo te czynniki najczęściej sprawiają, iż kraj jest de facto „kryzysowy” – wpływa najwięcej pieniędzy.

Pomimo iż siatki zabezpieczające przed korupcją i niewłaściwym zarządzaniem funduszami są bardzo rozbudowane w systemach organizacji humanitarnych, fakt, że część tych pieniędzy trafia w niewłaściwe miejsca i ręce jest nieunikniony.

Organizacje humanitarne przeznaczając pieniądze na łatanie dziur rozmaitych sektorów gospodarczych wyręczają rządy krajów takich jak Sudan, Somalia czy Nigeria, które w ten sposób mogą przeznaczyć więcej środków ze swojego budżetu na cele wojenne.

Z drugiej strony, argumentować można także, że wydatki na zbrojenia w krajach „kryzysowych” byłyby takie same z pomocą lub bez pomocy społeczności międzynarodowej, więc jej obecność choć trochę amortyzuje te braki.

Kto z czego korzysta

Handel bronią to interesujący proceder i wyjątkowo kontrowersyjna cześć globalnego rynku. Wiele krajów zamieszanych w konflikty zbrojne, takich jak USA, Rosja, Wielka Brytania czy Francja, inwestuje w zbrojenia w imię „bezpieczeństwa narodowego.”

W przypadku wątłych demokracji i kruchej władzy afrykańskich przywódców motto bezpieczeństwa narodowego już nie działa. W zachodnich mediach zbrojenia w Kongo lub Mali są postrzegane jak ludobójstwo, a wydatki na te zbrojenia jak atak na banki i państwowe pieniądze biednych obywateli.

Jednak zarówno Kongo jak i Mali, Nigeria, Republika Środkowoafrykańska, Somalia czy Południowy Sudan kupują broń, bo ich rządy są w niebezpieczeństwie i walczą o przetrwanie.

Niestety często obrona oznacza bezwzględny atak, w tym na bezbronnych cywilów, kobiety i dzieci. Prawa człowieka traktowane są przez większość liderów afrykańskich, jako nieprzydatny zachodni wymysł i nie bierze się ich pod uwagę, nie są argumentem przeciwko przemocy, zwłaszcza jeśli ta ma służyć zapewnieniu sobie status quo.

Dziesięć największych firm handlujących bronią to siedem firm amerykańskich i trzy europejskie, których łączny roczny obrót handlowy wynosi 246 miliardów dolarów.

Żadna z tych firm nie jest w stanie obsługiwać krajów konfliktowych w Afryce. Tę niszę skrupulatnie wykorzystują Rosjanie i Chińczycy, których traktaty nie dotyczą.

Co w związku z tym powinny robić USA i Europa? Nakładać kolejne embarga na samych siebie – powodujące aprobatę populistycznej części społeczeństwa (która ostatnio w wielu krajach jest dominująca) czy starać się o prawdziwe kontrolowanie eksportu broni do miejsc, gdzie jest ona wykorzystywana łamiąc wszelkie prawa międzynarodowe?

Miliardy dolarów, które pompujemy w przywrócenie stabilności krajom upadłym, upadającym lub tym właśnie się podnoszącym i które mają na celu polepszenie sytuacji wielu sektorów gospodarki, są zagrożone. Ułatwianie dialogów plemiennych, regionalnych czy międzynarodowych, budowanie opieki zdrowotnej, pomoc w produkcji żywności – każdy z tych programów może być zaburzony poprzez kolejny napływ broni spoza Afryki.

Konserwatyści z najbogatszych państw świata denerwują się, że wsparcie humanitarne nie działa. Jednak broń do dalszej walki, dalszej destabilizacji i pogłębiającej się ruiny gospodarczo-społecznej płynie od nas i dopóki ten strumień nie zostanie odcięty nasze wysiłki pozostaną syzyfowe.


Autor: Mikołaj Radlicki